piątek, 17 maja 2013

ojciec panny młodej (s. 1)

Obserwując mojego męża, który z dnia na dzień stał się wspaniałym ojcem (Zob. TU), naszła mnie pewna refleksja z naszego ślubno-związkowego podwórka. A więc dziś będzie o ojcu (nota bene - warto nim być. Ale z wyboru).

Po pierwsze, to pamiętajmy, że najważniejsze, aby w ogóle był. Narzekamy na naszych rodziców (i właśnie chyba najczęściej na ojców – że surowi, albo że nieobecni), ale – zabrzmi to jak frazes – mamy tylko ich jednych jedynych. A gdy odejdą, i tak będziemy płakać, a tylko od nas zależy, czy oprócz tego, że z powodu ich straty, także z powodu naszych zaniedbań. To drugie bardziej boli i trudniej temu podołać.

Po drugie, pojawia się kwestia taka, że ojciec może nas poprowadzić do ołtarza. Nieraz już widziałam to na naszym polskim podwórku. Czy polecam taki obrót sprawy? Na pewno to zależy od relacji, jaką masz ze swoim tatą. Jeśli jest bardzo zażyła, to nawet z psychologicznego punktu widzenia może to być dla Ciebie ważne, że do końca będzie dla Ciebie wsparciem w tym pięknym, ale zarazem i trudnym wydarzeniu, i w ten sposób symbolicznie się pożegnacie.

Natomiast jeśli z tatą trzymacie się raczej na dystans, to nie żebym Ci odradzała takie rozwiązanie, ale może zastanów się, czy na pewno tego chcesz i czy nie będzie to dla Ciebie dodatkowy stres. Bo pamiętaj o minimalizowaniu niekoniecznych stresów! Może po prostu od początku chcesz iść do ołtarza ze swoim ukochanym, bo to z nim czujesz się najlepiej? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz