piątek, 29 marca 2013

licencja na miłość (s. 1)

Przywykło się traktować kwestię wszelkich kursów przedmałżeńskich jako zło konieczne i jeden z wielu punktów do „odfajkowania” na liście przy organizacji ślubu. Podobno zawsze wszystko wygląda tak samo: teoretyzowanie (bo co ksiądz może wiedzieć o małżeństwie?!) w oderwanej od realiów (bo czasy się zmieniły) nowomowie (dlaczego ten ksiądz tak dziwnie mówi?!). I najczęściej tak faktycznie to wygląda.

Na szczęście nie zawsze, bo są takie spotkania, na które zapraszani są goście (małżeństwa są już trochę bardziej przekonujące, byleby nie miały na sobie przykładowo swetrów z poprzedniej epoki...), a które prowadzą duchowni - nazwijmy to - o nieco szerszych horyzontach niż ci, o których była mowa powyżej (zob. np. Wieczory dla zakochanych). 

Dla nas na Wieczorach dla zakochanych najmilszym momentem było rozpoczęcie spotkania, kiedy można było wreszcie zjeść ciastko! (zjadaliśmy nawet te, które pozostawały przy pustych stolikach). Ale to tak na marginesie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz